wtorek, 31 maja 2011

Nowa Zelandia

Nie wiem, czy będzie to pierwszy post o NZ z kilku, czy inne też napiszę, więc na wszelki wypadek nie będę numerować ;)
A do napisana tego postu skłoniło mnie dzisiejsze, krótkie niestety, spotkanie z M.Sz. Jak się spotkamy, to będzie więcej opowieści, jeśli chcesz posłuchać :)))

Nie powiem, żeby podróż na sam koniec/początek świata była zawsze moją wymarzoną, że o takiej to zawsze śniłam itp. Choć muszę przyznać, że jakbym tutaj w Polsce wiedziała, co tam w NZ mają, to bym o niej śniła jeszcze w życiu płodowym w łonie matczyska mego :)

(widok z okna salonu)

(rozrywki zamiast clubbingu i po całodziennym chodzeniu po mieście)

Wybrałam się zatem w podróż daleką... choć nie wiem, czy istnieje takie słowo w języku polskim, które by tę odległość dobrze oddawało. Jest jedno powszechnie uważane jednakowoż za niecenzuralne. Darujmy sobie! Dość rzec, że w podróży spędziłam minut, godzin, DNI niemało. Nie była to dla mnie podróż strasznie wyczerpująca fizycznie. Ja po prostu nie lubię przemieszczać się z miejsca na miejsce jeśli chodzi o podróżowanie... Mam manię ogarniania wszystkiego i panowania nad rozkładem, planuję. Lubię być, oglądać, zwiedzać, spotykać, ale docierać do celu nie lubię. Chciałam już być na miejscu i już. Ekipa odbierająca mnie z lotniska w Wellington skomentowała moje pojawienie się w taki oto sposób "Myślałam, że się wyczołgasz z tego samolotu, a ty taka zadowolona i uśmiechnięta." Cóż, cieszyłam się, że jestem u celu i że teraz to już będzie super... Jakbym miała Wam zobrazować tę odległość...? Może tak: z mieszkania mego rodzinnego wyruszyłam w sobotę ok. godziny 13:00. Na miejsce dotarłam w poniedziałek po północy czyli właściwie we wtorek już. Z tego miejsca bardzo chciałabym podziękować liniom lotniczym za odwołanie samolotu i skazanie mnie na oczekiwanie w zimowym ubraniu (jakby nie patrzeć w Polsce w lutym zima jak skunks ;)) przez 6 godzin w australijskim słońcu w Sydney Harbour w temp. 32 stopni C. Dzięki Bogu, w hali lotniska była klimatyzacja. Na tym słońcu i skwarze wytrzymałam jakieś 2 godziny... Potem siedziałam na lotnisku i udawałam, że czytam książkę (bo w rzeczywistości gapiłam się na ludzi, sklepy, wszystko dookoła), co o mały włos nie skończyło się spóźnieniem na kolejny samolot ;)

Lecę sobie ja z Warszawy do Londynu pomyślnie, bez opóźnień nawet, co zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu (może ja po prostu mało latam!). Lecę sobie z Londynu do Singapuru (nie mały pikuś, bo aż 12 godzin). Wiem, cały czas mam to w głowie, że na trasie Singapur-Sydney spóźnienie może mnie kosztować, bo na przesiadkę mam 2 godziny a muszę też odebrać bagaż... Nic to! Lądujemy zgodnie z planem (znów!). Biegnę po tę walizkę, nie mam wypełnionego jakiegoś tam papierka. Wypełniam. Biorę walizkę. Biegnę do odprawy do Wellington... Jakiś miły Aussie "Ooo, masz przesiadkę w Brisbane.". Ja "Nie, nie, to w drodze powrotnej, za miesiąc mam przesiadkę". On "Ale ja ci mówię, że ten samolot z 10:00 jest odwołany i masz inny i że on jednak jest z przesiadką w Brisbane." Acha. Pani przy odprawie informuje mnie, kiedy ten samolot... Ja już totalnie powalona Aussie akcentem mówię, żeby mi zapisała numery lotów i godzinę odlotu... Ona uprzejmie pisze. Ja czytam. Mój samolot jest o godz. 16:00 z lotniska krajowego... Jest godzina 8:20 rano... No to sobie poczekam.
ALE tam w Wellington też sobie poczekają na lotnisku, bo zamiast o 15:00 w poniedziałek dotrę ok. 00:30 we wtorek już. Muszę ich zawiadomić. Polska komórka - roaming nie działa. Nie wiem dlaczego... Wymiana kasy po jakimś zapewne złodziejski kursie, ale cóż. Kupuję kartę australijską i międzynarodową. Dzwonię (tzn. próbuję wypikać na klawiaturze tych milion pięćset sto dziewięćset kodów do rozmowy międzynarodowej!!!). Nikt nie odbiera komórki, nikt nie obiera domowego. Rozpacz. Chwilowa :D :D Dodzwoniłam się. Gadam, gadam co i jak i o której będę. Spoko. Załatwione! Będą czekać po północy. Ufff! Jeszcze tylko 5,5 h czekania ;)
No to jadę do portu, pogapię się na operę, pogapię się na Harbour Bridge, połażę... Znów za złodziejską kwotę 24 AUD kupuję bilet powrotny (24 AUD to dużo, bo z lotniska; do/z każdej innej stacji kosztował 6-8 dolarów) - za Airport Link trzeba niestety tyle zapłacić i zjechać pod ziemię ;)

(źródło zdjęcia)
W porcie gorąco i wilgotno. Nie dam rady tam chodzić i zwiedzać. Trudno. Za 3 tyg. obejrzę wszystko dokładniej.

(Sydney Opera House za tym drugim razem;))

(miasto i Harbour Bridge z promu do Manly)

Na lotnisku, w przyjemnym chłodzie klimatyzacji udaję, że czytam książkę. W końcu stwierdziłam, że trzeba iść do odprawy i dopytać, skąd i gdzie ten samolot... Mało nie dostałam zawału, jak mi pani powiedziała, że muszę jeszcze busem dojechać na lotnisko krajowe (a przecież już raz mi to mówiła rano, ale chyba nie załapałam!). Ale bus właśnie odjechał i następny jest za 30min. Możesz nie zdążyć... Spadaj! Zdążę, ty Aussie-mądralo :) Bus podjechał za jakieś 2 min. I kto miał rację? Na lotnisku krajowym ze 3 razy zmieniali gate do wyjścia. W końcu siedzimy (wszyscy pasażerowie) przy właściwym. Będzie OK. Za jakieś 3 godziny będę na miejscu w Wellington.

(mówiłam - udawałam, że czytam na Kingsford Smith Airport ;)

Nagle pojawia się dość duża grupa ludzi wyglądających na Maorysów. Mama z nastoletnimi dziećmi, ich znajomymi i jednym małym Maori... Grupa głośna, mówiąca w nie znanym mi języku (jak się potem okazało - z Wysp Samoa) składająca się z facetów gabarytów Pudziana, z tym wyjątkiem, że Pudzian ma mięśnie a oni... byli po prostu wielgachni. Moja pierwsza myśl "Żeby tylko ten największy nie siedział koło mnie w samolocie!" (ja do najchudszych też nie należę). Ja mam miejsce C... Maori ma miejsce B. That's just my luck! "Szczęśliwie" zamienił się miejscami z najchudszym kolegą ;) Jak się potem okazało, kolega cierpiał na zaawansowane ADHD objawiające się nadpobudliwością ruchową, w skutek której dwa razy dostałam wachlarzem z liści w głowę oraz nieustannym naciskaniem guziczków sterujących monitorem telewizora. Nie muszę chyba dodawać, że naciskał zarówno guziki swojego monitora jak i mojego, gdy myślał, że nie patrzę :D :D Rozmowa z nim była ograniczona, bo miał tak silny nowozelandzki akcent, że nie rozumiałam połowy słów. Ale nie był niemiły. Raczej śmieszny. Szczególnie gdy tak prostodusznie szczerze i z nadzieją zapytał, czy mówię w tym ich samoańskim. Bezcenne! Niestety, nie mówię. A szkoda, bo wyglądem mogę się do Maori upodobnić... Potencjał mam! ;)
Do Wellington dolecieliśmy zgodnie z (tym drugim) planem pół godziny po północy. W mieście moich pierwszych nowozelandzkich znajomych nigdy nie spotkałam. Byłoby to możliwe. Wellington to małe miasto. Może polecieli jeszcze dalej... choć Well było im znane, bo wyraźnie pokazywali sobie jakieś punkty orientacyjne podczas lądowania samolotu... To było moje pierwsze zetknięcie z Maorysami. Drugie było tydzień później...
Będzie zatem jednak następny post chyba... :)))

3 komentarze:

swiatmartyw pisze...

Super, wreszcie relacja, czekałam i czekałam, codziennie zaglądałam! :) Pisz, pisz, opisz wszystko, ze szczegółami! Masz we mnie wierną czytelniczkę :) Buziaki

swiatmartyw pisze...

Zapomniałam wczoraj napisać, że gdy po raz pierwszy spotkałam Australijczyka, myślałam, że jest Angolem z wadą wymowy ;)) Niedawno do mojej firmy przyszedł nowy chłopak, gadamy, gadamy, i myślę sobie, że płynnie mówi po angielsku, ale nad akcentem to kiepsko w klasie pracował... A to Nowozelandczyk :P Także rozumiem Twoje bóle :) Maorysi też świetni, facet byłby w niezłym szoku, gdybyś zaczęła mówić po ichniemu!

Missy pisze...

No ten NZ akcent to jest pewna trudność ;) Człowiek sobie pochlebia, że się angielskiego nauczył, a tu taka kiszka! Ale nowozelandczycy są bardzo mili (tak z małymi wyjątkami) poza tym, więc jakoś idzie przymknąć oko na to, że głupa z siebie robisz, bo nie zawsze rozumiesz. Nie powiesz im przecież, że po ludzki nie gadają :D :D