czwartek, 2 czerwca 2011

Waitangi Day w Bay of Islands

Niespecjalnie dużo wiedziałam o Nowej Zelandii zanim - z wielu różnych powodów - zaczęłam czytać trochę więcej i szukać różnych informacji. Wiedziałam za to, że gdy już tam dotrę, to za dwa dni wyruszamy na daleką północ Wyspy Północnej (z małym przystankiem w Auckland i czekającym nas tam pożegnaniem z kimś na lotnisku) do Bay of Islands. Uzbrojona w tę ignorancką niewiedzę dotyczącą między innymi wieeeeeelkiej różnicy temperatur między Wellington a rejonem Bay of Islands jakoś nie byłam świadoma tego, że na plaży to bardziej mi się przyda kostium kąpielowy (!?!) niż spodnie i kurtka. Spodnie jak spodnie - na rejsie z delfinami się przydały, bo nogi były jedyną niespaloną na słońcu częścią mojego wielkiego ciała ;) Ale kurtka przez 2 tygodnie leżała obok butów-traperów w bagażniku samochodu. Hmmm, może stąd ta plama na plecach? Od jakiegoś samochodowego szitu do silnika...? :D :D

(Otehei Bay, Urupukapuka Island, Bay of Islands)

Wróćmy jednak do naszych baranów*! Miałam ci ja ubrania bardziej chyba na trekking jakiś do Hururu Falls niż na plażowanie. Ale nic to! W położonej w Bay of Islands miejscowości Waitangi (oraz znajdującej się bardzo blisko Paihii) byliśmy tylko dwa dni, z których dwa;) spędziłam szwendając się po plaży, Waitangi Treaty Grounds, żeglując po zatokach, obserwując tym samym delfiny oraz płynąc do Russell położonego po drugiej stronie zatoki. Tymczasem moi gospodarze pełnili oficjalne funkcje, do czego również nie przydałyby się im kostiumy kąpielowe :D :D Czyli że nie tylko mnie!

(wharenui - dom, w którym Maorysi spotykają się, aby rozmawiać, przebywać razem. Ten na zdjęciu jest w miejscu podpisania Te Tiriti o Waitangi.)

Tylko w zasadzie po co oni te funkcje pełnili i co się tam działo w Waitangi? Dawno, dawno temu, kiedy to zacnym państwem europejskim, w którym teraz mieszka pół populacji Polski rządziła niemniej zacna (a przynajmniej nobliwie wyglądająca dla zmyły;) królowa Wiktoria rozprzestrzeniało się osadnictwo brytyjskie na wyspach Pacyfiku. Nowa Zelandia, jako jedna z takich wysp, zasiedlona była przez polinezyjskie ludy Pacyfiku i nosiła nazwę Aotearoa czyli Kraj/Ziemia Długiej Białej Chmury. Oczywiście, europejscy osadnicy przywlekli ze sobą europejskich kolonizatorów w osobach kapitanów statków, pastorów, gubernatorów itp., który to czując zapewne (wątpliwą) wyższość kultury europejskiej nad plemienną postanowili uszczęśliwić tubylczą ludność jakąś obcą formą scentralizowanej władzy. W ten sposób 6 lutego 1840 r. doszło do podpisania Traktatu z Waitangi przez stronę Brytyjską i przedstawicieli ludności Maoryskiej. W skrócie, traktat ustanawiał urząd gubernatora czyli przedstawiciela królowej w NZ; potwierdzał prawo Maorysów do ich ziemi (jakby ich prawo do ICH ziemi nie było dorozumiane?) oraz przyznawał im prawa poddanych królowej. Niby fajnie, ale jak to często bywa, intencje nie zawsze potem dobrze wychodzą w praktyce.

(Traktat z Waitangi w TePapa Museum, Wellington)

Kto chodził ze mną na studia na ILSie ;) wie, jak się czasami trzeba było nakombinować tłumacząc teksty, które ni w ząb nie chciały się wiernie przekładać, bo wymyślone ekwiwalenty nie zawsze dobrze oddawały znaczenie słowa oryginalnego... I właśnie w języku problem z całym tym Traktatem z Waitangi! Co innego 'wersja' angielska, a co innego maoryska... Tutaj jednak problem nie wynikał z błędnego tłumaczenia - taka sytuacja byłaby chyba prostsza. Różniące się od siebie wersje traktatu wynikały z różnic kulturowych, dotyczących np. organizacji życia społeczności takiej jak plemię czy państwo/naród. Konkretny przykład: w Maoryskiej wersji traktatu pojawia się słowo 'kawanatanga', które jest zazwyczaj tłumaczone na angielski jako 'government' (rząd). W wersji angielskiej traktatu zostało ono przetłumaczone jako 'absolute sovereignity' (całkowita władza/zwierzchnictwo). I to władza i to władza, ale jednak nie taka sama. Maorysom, których społeczeństwo składało się z różnych plemion pod rządami różnych wodzów, obce było pojęcie zwierzchnictwa jednego władcy nad całym krajem... Trochę się zapewne zdziwili, jak się okazało, że od tej pory rządzi nimi jeden wielki wódz. Nie mieli chyba większego problemu z tym, że 'wodzem' tym była kobieta. W końcu kilkanaście kobiet-wodzów podpisało traktat w imieniu swoich plemion. Anglicy zapewne myśleli, że od teraz mają całkowite zwierzchnictwo nad NZ, a gubernator będzie władzę bez skrępowania reprezentował.

Niemniej jednak, mimo tych różnic data podpisania traktatu jest dla Maorysów ważna. Pewnie mają jak inne narody - świąt ci u nas dostatek, ale i to jedno więcej chętnie obejdziemy ;) Zjeżdżają się zatem Maorysi z najdalszych zakątków NZ do Waitangi, rozbijają swoje tymczasowe obozowiska, prowadzą zażarte dysputy polityczne, chwalą lub ganią Honego Harawirę i partię Te Tai Tokerau, jedzą hangi, piją, pływają łodziami waka. Szał i świętowanie! Gapiów, turystów-nieMaori mnóstwo. Miasto maluteńkie (w zasadzie jakbym miała określić, to bardziej taka rozrośnięta osada nadmorska) całe zablokowane. Ale to w końcu tylko raz do roku!

(maoryskie łodzie waka)

Zaplanowałam sobie nie siedzieć w - nieklimatyzowanym prawie - pokoju hotelowym i wyruszyć samotnie na oględziny Waitangi, Paihii, Russell. Zanim wyszłam przyszła do pokoju pani ze świeżymi ręcznikami, poprawiła pościel. Mimo jej trudnego akcentu jakoś tam się nam gadało. Była pod wrażeniem temperatur -15 stopni w Polsce :D :D Mamy jeszcze czym zaimponować zagranicą ;) Pogadałyśmy trochę i wyszłam. Śniadanie. Potem czekam przed hotelem na shuttle bus do miasta poinformowana w recepcji, że ok. 9:30 będzie takowy i mnie zabierze. Przed wejściem stoją jacyś Maori, rozmawiają. Straszni nie są, ale zawsze to jednak 30 tyś. km od domu, samotna kobieta bla bla bla.... Jeden z nich wygląda na jakiegoś ochroniarza hotelowego, drugi kierowcę. Trzeci najstarszy podchodzi do nich z rowerem. Witają się w tradycyjny sposób hongi, czyli dotykają się czołami i nosami patrząc sobie przy tym w oczy. Zamieniają parę słów. Ten najstarszy idzie w moją stronę...!!! Staje. Podaje mi rękę... i wita się ze mną tak samo jak z tamtymi. Zamarłam. Nie ze strachu. Ze zdziwienia! Gdy tamci dwaj odjechali, ochroniarz podszedł do mnie i mówi: "On myślał, że ty jesteś Maori. Jesteś?" Ja rezolutnie: "Nie, NIESTETY, nie jestem." (wazelina, nie smarujesz, nie jedziesz ;)))). On "To było widać, że nie wiesz, dlaczego on do ciebie podchodzi i jak się przywitać." Dzięks! Na święcie Maorysów taka gafa :D Trzeba było się dokształcić, a nie z ignorancją w świat ruszać.


Doczekałam na ten nieszczęsny shuttle bus do 9:45 i nieśmiało pytam, czy będzie ktokolwiek jechał. Jechała dziewczyna z obsługi hotelu i ja sama. Dzięki niej dowiedziałam się, że dwa razy dziennie jest rejs 4,5h po Bay of Islands i że można podczas niego zobaczyć delfiny. Świetny rejs, dobrze zainwestowane 98NZD! I jak tu nie uwierzyć, że Nowozelandczycy to jest miły naród...? I mają też różne śmieszne rzeczy u siebie... ale o tym może jeszcze następnym razem ;)

(jak się tak uważnie przyjrzeć, to widać delfina ;))

-----------------
*) jest takie francuskie powiedzonko 'revenons à
nos moutons' oznaczające tyle, co powróćmy do sedna sprawy - to dosłowne tłumaczenie! Śmieszne. Nomen omen, owieczek i baranów w NZ też nie brakuje... Jakiś związek jest ;)

3 komentarze:

swiatmartyw pisze...

Rewelacja, od dzisiaj ze wszystkimi się tak witam!! (a to się szef zdziwi he he ;)))

Missy pisze...

Jeśli tylko zdziwi się w połowie tak jak ja, to powodzenia w tłumaczeniu, o co chodzi :)
Ale mimo szoku jednak tak miło mi się zrobiło, że mnie ten Maori tak powitał!

swiatmartyw pisze...

Pewnie, uznał Cię za "swoją"! :) Pisz, pisz dalej, bo ja tu z ciekawości umieram :))