piątek, 6 listopada 2009

Tybet

Lhasa, stolica Tybetańskiego Regionu Autonomicznego.

Nie był to początek naszego wyjazdu do Chin, ale chyba mam z Tybetu najładniejsze zdjęcia. Ja lubię bardzo góry. (Góry - nawet te największe, jakie do tej pory odwiedziłam - też mnie lubią, o czym poniżej.) Nasz tatrzański Giewont mam obfotografowany co roku z każdej dostępnej mi strony, z każdej części Zakopanego ;) W Tybecie nie widziałam Everestu niestety, ale też było ładnie... choć nie o taką ładność w europejskich kategoriach chodzi... A czy ten region faktycznie jest taki "autonomiczny" i jak to wygląda z perspektywy 3 630 m n.p.m. to może kiedy indziej...

Tak wyglądał nasz krótki przelot z Chengdu do Lhasy - poprzedzony był przejściem przez kontrolę na lotnisku w Chengdu. Cóż... prześwietlali nam nie tylko plecaki, kurtkę, ale również buty. Jakieś to takie śmieszne jest, bo co ja w tych butach schowam? Przecież te ulotki "wolny Tybet" to i tak miałam w bagażu głównym ;P Choć nie jestem aktywistką i nie jestem taka pewna, czy Tybetowi wolność i państwowość wyszłaby na dobre... Niemniej jednak, naród to inny niż Chińczycy.

Spędziłyśmy w Tybecie ok. 4 dni (byłyśmy jeszcze wyżej niż Lhasa, w Szigatse (Xigazê) 3 870 m n.p.m.). Przewodnik okazał się jakimś mega giganciarzem i niemiłym człowiekiem. Dość stwierdzić, że na koniec zostawił nas pod dworcem kolejowym w półmroczny ranek, bez słowa pożegnania i jeszcze wypełnił "uprzejmie" za nas ankietę dot. naszego zadowolenia z jego przewodnickich usług(!!!). Na dworcu już wiedziałyśmy, jak sobie poradzić. W końcu była to już nasza kolejna podróż soft sleepers ;)) jednak zdecydowanie moja pierwsza podróż pociągiem jadącym na wysokości 5000 m n.p.m., z wtłaczanym do przedziałów tlenem oraz trwająca dzień, noc i dzień. Baaaardzo długo. Ale niech żyją karty, scrabble i towarzystwo (polskie i japońskie - to ostatnie specyficzne i dość zabawne przy bliższej obserwacji;)).

Osobliwości Tybetu:
- słynna herbatka z masłem z mleka jaka faktycznie istnieje. Nie jest to mit! Przykro mi, nie mogłam się zmusić do jej wypicia. No nie mogłam i już.
- generalnie jakowe wszystko co tylko możliwe (bo słodycze też pachniały masłem jaka, i świątynne świece też były z masła jaka, i ludzie też tym masłem.... hmmmm..... pachnieli) i samo mięso jaka, które trochę śmierdzi i jest twardawe 'pod zębem', ale daje się zjeść.

- ludzie, którzy chodzą ubrani w tradycyjne ubrania (kobiety w długie spódnice do kostek z takimi jakby fartuchami pasiastymi). Gdzie na Mazowszu spotka się jeszcze kobietę (nawet nie całkiem jeszcze starą), która chodzi w tradycyjnym mazowieckim stroju (jak Pyza;))...?

- ludzie, którzy tarzają się przed świątynią, tłoczą się do wszystkich ołtarzy z każdą możliwą konfiguracją Buddy, Bodisatwy, Sakjamuniego, króla Songtsena Gampo i innych; ludzie, którzy taszczą ze sobą wszędzie pudełka lub termosy pełne tego masła z jaka (które trzeba ofiarować).

Ale czy te Tybetanki nie są ładne? Takie uśmiechnięte, wesołe... podobają mi się te paski wplecione w warkocz.


- słodycze - Tybetańczycy (może ze wzglęgu na dużą utratę energii na takiej wysokości i konieczność jej uzupełnienia) umieją robić słodycze. Chińczycy nie umieją. Posłodzona masa z fasoli to nie jest słodycz. Nigdy nie był i nie będzie! Kropka. Wykrzyknik! Tybetańczycy robią normalne toffi, czekoladę (która bardziej przypomina nasz swojski dawny wyrób czekoladopodobny, ale zawsze coś). Chińczycy mimo swojej liczącej kilka tysięcy lat kultury nie odkryli jeszcze "trunku" o nazwie czekolada. A już na pewno nie udało im się go podrobić... choć wszystko inne już skopiowali... z różnym skutkiem, zazwyczaj marnej jakości.

Tybetańskie słodycze uratowały nam życie. Rzuciłyśmy się na nie (na początku naszego trzeciego i ostatniego tygodnia pobytu w Chinach) jak wygłodniałe lwiątka. W sklepie pani pozwoliła próbować KAŻDEGO cukierka. Ale mieli z nas ubaw! Kupiłyśmy całą torbę. A przed wyjazdem poszłyśmy po drugą. Zanim dotarłyśmy do Pekinu zostało nam kilka cukierków ;)
- brud i syf (niestety) i niedziałające toalety w hostelu.
- wysokość - choroba wysokościowa (nudności, ból głowy, zawroty głowy) mnie nie dopadła nawet w Szigatse, ale jak wchodziłam do Pałacu Potala to mało me biedne serce się z piersi nie wyrwało ;D
- wszechobecne chińskie flagi - najsmutniejsza jest ta powiewająca na czerwonej części Pałacu Potala, bo ten pałac (jako dawną siedzibę dalaj lamy) Tybetańczycy traktują jak świętość.
- podróż pociągiem baaaaardzo długo i dość wolno, ale fajnie, bo jaki są takie śmiesznie do oglądania, widoki były piękne, a mróz był... za oknem ;)
- ileż ci Tybetańczycy mają różnych pierdół do sprzedania!!! Maski, biżuteria, kamienie, naczynia, skóry, przedmioty związane z buddyzmem (posążki buddy included). No wszystko!

ulica Barkhor
- wojsko na każdym rogu uliczki najmniejszej. Zdjęć nie będzie, bo przewodnik jasno powiedział, że nie wolno nam robić zdjęć żołnierzom. Nie chciałam tam zostać za nic w świecie, więc posłuchałam... chociaż może jednak..., bo sami zobaczcie:

W drodze z Szigatse do Lhasy
W drodze (koleją) z Lhasy do Xi'an



Jednak nie zostałyśmy ;) Z Pekinu wróciłyśmy przedwczoraj (4 listopada) do domu. Dobrze.

5 komentarzy:

Brzoza pisze...

Już na pw pisałam, że nawet jeśli nie można powiedzieć "oh jak tam było pieknie i komfortowo, chcciałabym tam jeździć co rok" to z całą pewnością była to wyprawa, o której bedziesz opowiadała wnukom i prawnukom, a one bedą słuchały z otwartymi buziami.
Dziękuje za wspaniałą relację i podzielenie się pięknymi widokami.

Anonimowy pisze...

heh.. zazdraszczam takiej podróży ;)
dzięki za fajną relację! tak się właśnie zastanawiałam, czemu się GoBell nie pokazuje na forum :>
kejti

Missy pisze...

Podróż faktycznie była fajna, ale nie taka lekka, łatwa i przyjemna jak plażowanie w Hiszpanii ;)))
Pojawię się na forum niedługo. Muszę ogarnąć pranie i powrót do strefy czasowej :)

Kasia pisze...

Ależ zazdroszczę....

Bajkowa dłubaninka pisze...

dzięki za relację . To trochę pobyłam w Tybecie razem z Tobą.... wirtualnie, oczywiście.
Dobrze,że już wróciłaś! bajka