piątek, 20 listopada 2009

Candy, wszędzie candy

Candy obrodziło.
Nie wyglądają tak jak te tutaj na obrazku. Troszkę inaczej... nie są jednak takie słodkie i nie psują się od nich zęby, tak jak od zwykłych candies.

(zdjęcie pochodzi ze strony www.wikipedia.org)

Ja biorę udział w takich:

w sklepie internetowym www.stonogi.pl.
Info o candy można znaleźć tutaj: www.zpasji.blogspot.com
=> tego candy NIE WYGRAŁAM, niestety.

CANDY u Ushii =>
www.ushiilandia.blogspot.com

CANDY u Kasandry = >
www.mojdom-mojaostoja.blogspot.com

CANDY u Milijo =>
www.szyciejestpiekne.blogspot.com

CANDY u Jolaska =>
www.jolasek.blogspot.com => tego candy NIE WYGRAŁAM, niestety.

I w tym oczywiście też, ale to już pisałam w osobnym poście:
CANDY u Hanji =>
www.hanjowatemiejsce.blogspot.com => Tego candy również NIE WYGRAŁAM, niestety.

I oczywiście liczę na wygraną... Każdy może wygrać. Już raz mi się udało :) Wpisujcie się!

czwartek, 19 listopada 2009

Po prostu muszę...

... się pochwalić, że:
Po pierwsze - wygrałam CANDY u Gohy!!!! Moje pierwsze CANDY ever i zostałam wylosowana :) Tak się zdziwiłam i ucieszyłam, że nawet nie macie pojęcia. Od razu dziś pobiegłam odebrać. A potem się przestraszyłam, bo może rzeczywiście ktoś Gohę i mnie o kumoterstwo i mataczenie posądzi. Ale nie! Losowały przecież klientki, które 16 listopada pojawiły się w sklepie stacjonarnym u Gohy. Uffff! Wygrałam uczciwie. Piękne rzeczy wygrałam. Pięknie zapakowane. Świetna niespodzianka. Goha, bardzo dziękuję :)

(Ja nie wiem, czy to tylko u mnie jest takie brzydkie i niekorzystne światło, czy ja po prostu nie umiem robić dobrych zdjęć. Grunt, że moje fotki są czasami okropne i w ogóle nie oddają urody na przykład tego tutaj prezentu:))

Po drugie - uszyłam sobie królika Tilda według projektu Tone Finnanger. Oczywiście, że widzę błędy. Oczywiście, że ma on niedociągnięcia, z których zdaję sobie sprawę. Ale szyłam go całego (!!!) w ręku, bo na maszynie to bym do gwiazdki szyła, a tak zajęło mi to dwa wieczory (do późna, do 1:00 w nocy) i już mam mojego pierwszego tildowego królika. Szkoda że nie jest taki miły jak te u Moniki... Mój jest jakiś taki poważny. To przez oczy i nos - kiepsko mi wyszły, ale następne będą już "milsze". Czy ten królik ma imię...? W dzieciństwie nigdy nie nazywałam swoich zabawek imionami. Tzn. pewnie nazywałam, ale zaraz zapominałam, kto jest kto i miałam po prostu lalki, a nie Zuzie, Matyldy czy misie Edwardy. Nie uważam jednak, żeby to było coś złego. Ja po prostu tak nie robiłam i nie robię... Ale nazwiemy królika??? Klemens, proszę państwa!!!

W całej okazałości

En face - pelna powaga ;)
W pozie pt. "zostawcie mnie!" ;D
Teraz oczywiście zamierzamy wygrać CANDY u Hani... wygram na 100%. A CO MI TAM :D!!!

wtorek, 17 listopada 2009

"Bo ja bym do Chin chciała, proszę pana konsula..."

Nie codziennie człowiek wpada na pomysł wybrania się w dzikie rejony Azji. Nie codziennie wsiada się do samolotu w pierwszą i jak do tej pory jedyną śnieżycę tej jesieni, czeka na start samolotu 3 godziny (bo go trzeba odlodzić, bo kilka samolotów przed nami, bo to, bo tamto i czeka się), przesiada w Amsterdamie (bo zdążyłyśmy) i leci 10,5 godziny, żeby wylądować w Szanghaju.

Nie codziennie człowiek udaje się do ambasady Chin po wizę, czyli dokument, który za jedyne 220 zł stwierdza, że jaśnie "demokratyczne" władze "republiki" pozwalają mi zwiedzić ich piękny kraj "demokracji" ludowej.
Nie chcę tutaj używać górnolotnych stwierdzeń, ale jeśli ktoś mówi, że "pojedziesz do Chin. To zupełnie inny świat", to ma CAŁKOWITĄ i stuprocentową rację. Ten "inny świat" zaczyna się już po przekroczeniu progu wydziału wizowego ambasady chińskiej.
Udałam się tam radośnie pewnego wrześniowego albo październikowego poranka łamane na przedpołudnie (bo oni tam nie pracują jak mróweczki chińskie tylko już są bardziej spolonizowani - pracują chyba ze dwa dni w tygodniu po 3 godziny i to tak od 10:00 raczej! Very nice!). Trzeba podejść tak od dupy strony gmaszyska ambasady i jest furtka z napisem dumnym wydział bla bla bla bla (tutaj jeszcze po polsku. W Chinach tak dobrze nie było ;)). Przy furtce stoi sobie jakaś grupka ludzi. Myślę "zainteresowani" jako i ja, jak w mordę strzelił... Ale nie! Tylko rozdawali ulotki z jakiegoś biura podróży. Z zasady ulotek nie biorę, bo nie przeze mnie lasy amazońskie zginą przemielone na celulozę i pomazane jakimiś drukarskimi chemikaliami. Nie wzięłam i tym razem.
Za bramą czeka kolejka podobnych mi idiotów spragnionych widoku 1,33 mld żółtych ludzi skupionych w jednym miejscu. Przyłączam się do kolejki (tutaj już przedsmak reżimowych kolejek, bo wszystko jak za dawnych czasów komuny w Pl. ;)). Pan bodyguard o wyglądzie Taliba dowodzi kolejkami "z wnioskiem" i "po odbiór" i jakoś się one przesuwają ku okienku w wydziale. W końcu moja kolej! Weszłam. Już tutaj myślałam, że padnę trupem, ale potem jeszcze wydarzyło się coś, co skutecznie postawiłoby mnie na nogi, nawet jakbym jednak zdecydowała się paść na wstępie.
Dwa okienka, jedno to kasa. Z pozoru wszystko jak na poczcie, albo w pierwszym lepszym polskim urzędzie... Nie zapominajmy jednak, że przekraczając bramę/furtkę wydziału wizowego znaleźliśmy się niejako w chińskiej rzeczywistości i - co ważniejsze - obcujemy z chińską mentalnością wypraną z rozsądnego myślenia a zatrutą myślą reżimową daaaawno temu przez przewodniczącego Mao, który - jak powiedziała pewna młoda pani przewodnik w Pekinie - "był największym przywódcą chińskiego narodu." (sic!) Okienka są, a jakże! Nikt, kto po raz pierwszy odwiedza tenże wydział się jednak nie spodziewa (przynajmniej ja nie!), że te okienka to są takie a la lustra weneckie. Pani/pan/ktokolwiek tam siedzący widzi delikwenta błagającego o wizę (bo i tak się zdarza), ale delikwent może mieć ogromne trudności z dojrzeniem za tą przyciemnioną szybą choćby konturu sylwetki obsługującej go osoby. Utrudnia to też bardzo rozmowę, bo głos dobiega do nas z malutkiego trójkątnego głośniczka, ale jeśli nie widzimy twarzy, to jakoś czasami trudno wykoncypować, czy ten z drugiej strony mówi do nas, czy akurat do przechodzącego kolegi (słyszałam, że ktoś wszedł do kanciapki za przyciemnioną szybą). No to się właśnie tak lekko zdziwiłam, ale co tam. Ja sobie nie poradzę? JA? Gadam, pytam ten głos za ciemną szybą. Głos odpowiada. Dane się zgadzają z informacjami uzyskanymi drogą pantoflową. Jest OK. Mogą nas jeszcze wpuścić do Chin, łaskawcy.
I wtedy przyszło mi do głowy jedno magiczne i straszliwie głupie (przyznaję!) pytanie. Pytanie zawierające słowo, które nie tylko w Chinach i nie tylko na Chińczykach zwykłych, ale nawet na przewodnikach robi ogromne wrażenie. Pytanie, o którym pewnie nie powinnam była nawet pomyśleć, ale stało się. Jeden mały bodziec, wyprodukowano pytanie, poszło. Mój aparat mowy wyartykułował. Przesrane! Zapytałam, czy "jeśli chcemy wjechać do Tybetu podczas naszego pobytu w Chinach, to tym samym potrzebujemy chińskiej wizy wielokrotnego wjazdu czy jednokrotnego wystarczy?" Któreż to słowo może być tak "magiczne" w tym pytaniu...? Hmmm... W tym momencie głos z zza szyby zakończył ze mną rozmowę. Wyszedł jakiś Chińczyk (napisałaby "wielki," ale jakoś nie jestem chyba aż tak złośliwa ;D) i poprosił mnie do osobnego stolika w tym samym (na szczęście!) pomieszczeniu co okienka z ciemnymi szybami. Usiadł na przeciw mnie i zapytał się "co ja bym chciała wiedzieć o Tybecie?". No ja bym chciała generalnie wiedzieć, p'sze pana, "dlaczego Tybet to Chiny, skoro Tybetańczycy to od zawsze nie Chińczycy", ale się ugryzłam w język... A nie często mi się to zdarza ;P niestety. Na głos za to zapytałam ponownie i grzecznie o tę wizę jedno-/wielokrotnego wjazdu i o wizę tybetańską (wydaje mi się, że pomyliłam tutaj terminy - powinnam była powiedzieć pozwolenie na wjazd do Tybetu). Pan Chińczyk chyba zrozumiał, że ja sugeruję, że skoro do Tybetu potrzebuję wizy, to jest to osobne państwo. I wtedy się zaczęło! Jestem co prawda urodzona w reżimie, alem była dziecięciem i nie miałam do czynienia z władzą i przesłuchaniami, więc mnie straszliwie zaskoczył, Chińczyk jeden. Jak się na mnie wydarł, że TYBET TO NIE PAŃSTWO, TO PROWINCJA CHIN, to aż się zdziwiłam lekko. Darł się tak kilka razy, bo kilka razy zadawałam mu pytanie podobnej treści, choć inaczej sformułowane. Chyba nie do końca mnie rozumiał, bo Chińczycy mówią po polsku tak samo jak ja po chińsku. Darł się chyba jeszcze może jeden raz. Aż mu powiedziałam w łagodny (wyczyn!) sposób i spokojnym (kolejny sukces!) głosem i nie takimi słowami, ale coś w stylu, żeby przestał na mnie drzeć mordę, bo ja jadę do Chin dobrowolnie (co za idiotyzm!) po raz pierwszy jako turystka i chcę zwiedzić jego kraj (nie, nie dodałam "piękny", bo to by było przegięcie) i niech przestanie na mnie podnosić głos. I wiecie co? Przestał krzyczeć i przytaknął, że "no tak, no tak, nie powinien". No raczej! Chińczyk jeden będzie na mnie w moim własnym kraju mordę wydzierał!!!

Przeżywszy to jakże miłe pierwsze spotkanie z chińskim reżimem wyszłam z ambasady. Tak dziwnie, taka zdezorientowana to się chyba jeszcze nigdy nie czułam po wyjściu z żadnego urzędu w Pl., choć wiemy, jak niektóre z nich ogłupiają interesanta... Potem dopiero poukładałam sobie wszystkie strzępki informacji w spójną całość. Dopiero potem też okazało się, że taka psychoza to charakteryzuje wszystkich Chińczyków reprezentujących reżim jakiś quasi oficjalny sposób Przecież każdy przewodnik jest nauczony formułek, które opowiada turystom lepszą lub (częściej) gorszą chińską angielszczyzną i ma dbać, żeby to nie burzyło wizerunku "demokracji" ludowej. Taka niby zasłona dymna, bo przecież każdy widzi, jak jest. A już na pewno widzi to w Tybecie...

Podanie o wizę składała moja koleżanka, bo ja już raczej w ambasadzie byłam spalona ;) Mogliby nam nie dać wizy. Ale płaciłam za wizy i odbierałam je ja osobiście, więc chyba raczej mnie nie skreślili. Też odstałam swoje w kolejce po odbiór. Czas umilała mi rozmowa z panią, która odbierała wizy jako przedstawiciel biura podróży dla jakiś turystów jadących na zorganizowany wyjazd. Stoimy sobie zatem, rozmawiamy, kolejka się wydłuża, ale też idzie do przodu, więc nie jest źle. Widzę za płotem na terenie ambasady Chińczyka plującego się po chińsku przez komórkę. Wiem, że to ten, który darł na mnie ryj przy mojej wizycie rozpoznawczej w wydziale. Pani z biura podróży mówi "o, pan konsul właśnie idzie". Pan konsul???????!!!!!!!????? Pan konsul darł na nie ryj po moim pytaniu o Tybet?????? Oooo, jakże to miło, gdy przedstawiciel kraju tak dobrze i ciepło i z hukiem traktuje zainteresowanego wyjazdem przedstawiciela państwa przyjmującego (polećmy już terminologią dyplomatyczną ;)).

Wnioski jakieś wyciągnęłam z tej pierwszej wizyty...
1. O, matko! po co my tam jedziemy?!? Ja już chyba nie chcę. Może to głupi pomysł. Co za glupi naród!
2. Wspomniany na początku "inny świat" zaczyna się już za bramą ambasady. Chiny to kraj, który od maleńka indoktrynuje ludzi i musi to, jak widać, robić skutecznie, skoro nawet 10 tyś. kilometrów z dala od Chin ludzie tę doktrynę wcielają w życie i mają nadal wyprane mózgi i samodzielnie nie myślą, nie wyciągają wniosków z obserwacji kraju, w którym pracują.
3. Koszulkę "Wolny Tybet" czy "Free Tibet" należy zostawić w domu, najlepiej na dnie szafki z T-shirtami, bo przecież podało się adres domowy w podaniu o wizę i mogą przyjść i sprawdzić, czy się posiada takową koszulkę. Chińczycy są skrupulatni.
4. Jeszcze dłuuuuuuuga droga przed Chinami i Tybetem - tak pomyślałam po wyjściu z ambasady. A po pobycie w Tybecie pomyślałam, że tej drogi w ogóle nie ma. Wojsko na ulicy, chińskie flagi na Pałacu Potala, mnisi "pracujący" w świątyniach ubrani nie w swoje tradycyjne stroje lecz w zwykłe ubrania. Raczej nie za mojego życia... ani nie za życia moich dzieci i wnucząt, których nawet jeszcze nie posiadam (ani jednych ani drugich;)).
5. Cokolwiek by Chińczycy nie robili, jakkolwiek by się nie starali pokazywać swój kraj jako państwo demokratyczne, w którym przestrzega się wszelkich wolności, w którym ludziom żyje się dobrze i jest ogólna sielanka, to i tak nie uwierzę, że jest to kraj wolny. Nie jestem aktywistką ani jakimś wojującym bojówkarzem ruchów wyzwoleńczych, ale też nie mam wypranego mózgu i przecież widziałam, na czym ta chińska "wolność" polega. Dobra nazwa "demokracja ludowa", bo taki przymiotnik określający rzeczownik to przynajmniej nie pozostawia wątpliwości, co do charakteru tej demokracji - nie jest ona taka sobie zwykła... tylko inna.

Ale myślę, że... polecam podróż do Chin. Pouczająca. Miła odmiana po "lenistwie" na wycieczkach typu "plackuj i zwiedzaj". Jest to też jedyna okazja, żeby poczuć się jak małpa w zoo lub misiek na Krupówkach, gdy wszyscy robią ci zdjęcia bez pytania (pytają tylko czasami, jeśli chcą np. usiąść obok i mieć zdjęcie indywidualne, a nawet jeśli pytają to "no, you may not!!!" nic dla nich nie znaczy. Powinno się pewnie powiedzieć "bu" ale i to by zapewne nic nie dało, bo rżnęliby głupa, że i po chińsku nie rozumieją), gdy patrzą na ciebie jak na kosmitę, bo przecież nie zupełnie wyglądasz jak oni (tutaj oficjalne dementi: jedzenie ryżu codziennie w dużych ilościach nie powoduje upodabniania się do Chińczyka. To musi chodzić o jakiś inny składnik diety ;))
c.d.n.

poniedziałek, 16 listopada 2009

CANDY w Hanjowatym miejscu

Jak już się tak rozpędziłam z tym CANDY to biorę udział w następnym...
TUTAJ
(albo kliknij na obrazek)
Też się znam osobiście z bloggerką Hanjowatą, więc też można nas posądzać o jakieś kręcenie... ale tak nie jest. Będzie losowanie i MOŻNA wygrać.
No to może tym razem JA!
A skoro już połowa blogosfery wie, że urodziny to wszytkiego najlepszego z tej okazji. Życzenia są jak zwykle, wiesz gdzie :). Nie będziemy tutaj sobie wieku wypominać ;P

poniedziałek, 9 listopada 2009

CANDY w Urokliwisku Gohy

STALO SIĘ!
Wezmę udział w moim pierwszym candy... Zapewne nie wygram, bo takiego szczęścia jak mój brat cioteczny F. to nie mam i nigdy nie miałam (on zawsze, przy każdym losowaniu coś wygrywa;))
Candy organizuje Goha w swoim Urokliwisku (a raczej w obydwu Urokliwiskach, bo i na blogu i w sklepie internetowym). Fajne rzeczy do wygrania, więc co mi szkodzi :))

Jeszcze fajniej, że w rzeczywistości pozawirtualnej (czyli że w realu;)) Goha jest osobą niesamowicie milą... i zna świetną cukiernię, w której robią takie ciasta i ciasteczka, że aż się w głowie kręci. A ja po powrocie z Chin jestem spragniona... polskich pysznych słodyczy. I tak kolo się zamyka - Goha jest po prostu specjalistką słodkich candy :D

P.S. Po takim peanie pochwalnym jak wygram to nas posądzą o kumoterstwo i mataczenie ;P

piątek, 6 listopada 2009

Tybet

Lhasa, stolica Tybetańskiego Regionu Autonomicznego.

Nie był to początek naszego wyjazdu do Chin, ale chyba mam z Tybetu najładniejsze zdjęcia. Ja lubię bardzo góry. (Góry - nawet te największe, jakie do tej pory odwiedziłam - też mnie lubią, o czym poniżej.) Nasz tatrzański Giewont mam obfotografowany co roku z każdej dostępnej mi strony, z każdej części Zakopanego ;) W Tybecie nie widziałam Everestu niestety, ale też było ładnie... choć nie o taką ładność w europejskich kategoriach chodzi... A czy ten region faktycznie jest taki "autonomiczny" i jak to wygląda z perspektywy 3 630 m n.p.m. to może kiedy indziej...

Tak wyglądał nasz krótki przelot z Chengdu do Lhasy - poprzedzony był przejściem przez kontrolę na lotnisku w Chengdu. Cóż... prześwietlali nam nie tylko plecaki, kurtkę, ale również buty. Jakieś to takie śmieszne jest, bo co ja w tych butach schowam? Przecież te ulotki "wolny Tybet" to i tak miałam w bagażu głównym ;P Choć nie jestem aktywistką i nie jestem taka pewna, czy Tybetowi wolność i państwowość wyszłaby na dobre... Niemniej jednak, naród to inny niż Chińczycy.

Spędziłyśmy w Tybecie ok. 4 dni (byłyśmy jeszcze wyżej niż Lhasa, w Szigatse (Xigazê) 3 870 m n.p.m.). Przewodnik okazał się jakimś mega giganciarzem i niemiłym człowiekiem. Dość stwierdzić, że na koniec zostawił nas pod dworcem kolejowym w półmroczny ranek, bez słowa pożegnania i jeszcze wypełnił "uprzejmie" za nas ankietę dot. naszego zadowolenia z jego przewodnickich usług(!!!). Na dworcu już wiedziałyśmy, jak sobie poradzić. W końcu była to już nasza kolejna podróż soft sleepers ;)) jednak zdecydowanie moja pierwsza podróż pociągiem jadącym na wysokości 5000 m n.p.m., z wtłaczanym do przedziałów tlenem oraz trwająca dzień, noc i dzień. Baaaardzo długo. Ale niech żyją karty, scrabble i towarzystwo (polskie i japońskie - to ostatnie specyficzne i dość zabawne przy bliższej obserwacji;)).

Osobliwości Tybetu:
- słynna herbatka z masłem z mleka jaka faktycznie istnieje. Nie jest to mit! Przykro mi, nie mogłam się zmusić do jej wypicia. No nie mogłam i już.
- generalnie jakowe wszystko co tylko możliwe (bo słodycze też pachniały masłem jaka, i świątynne świece też były z masła jaka, i ludzie też tym masłem.... hmmmm..... pachnieli) i samo mięso jaka, które trochę śmierdzi i jest twardawe 'pod zębem', ale daje się zjeść.

- ludzie, którzy chodzą ubrani w tradycyjne ubrania (kobiety w długie spódnice do kostek z takimi jakby fartuchami pasiastymi). Gdzie na Mazowszu spotka się jeszcze kobietę (nawet nie całkiem jeszcze starą), która chodzi w tradycyjnym mazowieckim stroju (jak Pyza;))...?

- ludzie, którzy tarzają się przed świątynią, tłoczą się do wszystkich ołtarzy z każdą możliwą konfiguracją Buddy, Bodisatwy, Sakjamuniego, króla Songtsena Gampo i innych; ludzie, którzy taszczą ze sobą wszędzie pudełka lub termosy pełne tego masła z jaka (które trzeba ofiarować).

Ale czy te Tybetanki nie są ładne? Takie uśmiechnięte, wesołe... podobają mi się te paski wplecione w warkocz.


- słodycze - Tybetańczycy (może ze wzglęgu na dużą utratę energii na takiej wysokości i konieczność jej uzupełnienia) umieją robić słodycze. Chińczycy nie umieją. Posłodzona masa z fasoli to nie jest słodycz. Nigdy nie był i nie będzie! Kropka. Wykrzyknik! Tybetańczycy robią normalne toffi, czekoladę (która bardziej przypomina nasz swojski dawny wyrób czekoladopodobny, ale zawsze coś). Chińczycy mimo swojej liczącej kilka tysięcy lat kultury nie odkryli jeszcze "trunku" o nazwie czekolada. A już na pewno nie udało im się go podrobić... choć wszystko inne już skopiowali... z różnym skutkiem, zazwyczaj marnej jakości.

Tybetańskie słodycze uratowały nam życie. Rzuciłyśmy się na nie (na początku naszego trzeciego i ostatniego tygodnia pobytu w Chinach) jak wygłodniałe lwiątka. W sklepie pani pozwoliła próbować KAŻDEGO cukierka. Ale mieli z nas ubaw! Kupiłyśmy całą torbę. A przed wyjazdem poszłyśmy po drugą. Zanim dotarłyśmy do Pekinu zostało nam kilka cukierków ;)
- brud i syf (niestety) i niedziałające toalety w hostelu.
- wysokość - choroba wysokościowa (nudności, ból głowy, zawroty głowy) mnie nie dopadła nawet w Szigatse, ale jak wchodziłam do Pałacu Potala to mało me biedne serce się z piersi nie wyrwało ;D
- wszechobecne chińskie flagi - najsmutniejsza jest ta powiewająca na czerwonej części Pałacu Potala, bo ten pałac (jako dawną siedzibę dalaj lamy) Tybetańczycy traktują jak świętość.
- podróż pociągiem baaaaardzo długo i dość wolno, ale fajnie, bo jaki są takie śmiesznie do oglądania, widoki były piękne, a mróz był... za oknem ;)
- ileż ci Tybetańczycy mają różnych pierdół do sprzedania!!! Maski, biżuteria, kamienie, naczynia, skóry, przedmioty związane z buddyzmem (posążki buddy included). No wszystko!

ulica Barkhor
- wojsko na każdym rogu uliczki najmniejszej. Zdjęć nie będzie, bo przewodnik jasno powiedział, że nie wolno nam robić zdjęć żołnierzom. Nie chciałam tam zostać za nic w świecie, więc posłuchałam... chociaż może jednak..., bo sami zobaczcie:

W drodze z Szigatse do Lhasy
W drodze (koleją) z Lhasy do Xi'an



Jednak nie zostałyśmy ;) Z Pekinu wróciłyśmy przedwczoraj (4 listopada) do domu. Dobrze.